Loty na parolotni / oczywiście z instruktorem/ tu nazywają się parapente.
Najpierw wypełnialiśmy całą ankietę zdrowotną / jest to faktycznie tylko ochrona dla firmy/, wsadzili nas do busów i pojechaliśmy do kanionu Chicamocha, agencja parapente ma tam ogrodzony teren , na którym odbywają się starty i lądowania. Kanion rzeczywiście przepiękny , trochę przypomina mi doliny rzeczne w Nepalu/.
Zrobili nam szczegółowe przeszkolenie z informacjami jak wszystko będzie wyglądać i jak mamy się zachowywać podczas startu i lądowania. Było 7 instruktorów , organizacja dość sprawna.
Ja poszłam prawie na pierwszy ogień , nie było to trudne ani stresujące.
Zakładają na plecy taki dość duży jakby plecak- siedzisko , taki sam ma instruktor i delikwent zostaje spięty z instruktorem, są też pomocnicy , którzy pomagają przy starcie i podnoszą czaszę.
Przy starcie jak czasza się podniesie trzeba kawałek biec i już jest zbocze i się leci !!
Pierwsze wrażenie dość niesamowite - nagle jest człowiek w powietrzu. Lot trwa ok 25 min , trochę rozczarowało mnie to ,że praktycznie kręciliśmy się w kółko na niewielkiej przestrzeni , no ale ziemia jest dość daleko na dole. Niestety po 15 min pomimo wziętej pastylki zaczęło mi się kręcić w głowie. Lądowanie też jest proste , trzeba tylko podnieść nogi do góry , a pomocnicy już złapią czaszę.
Ale więcej już tego nie chciałabym robić.











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz